Paulina

Kosiniak-Kamysz

Moja Pierwsza Dama

WŁADYSŁAW: POCZĄTEK

Moja żona Paulina ma 31 lat i pochodzi z Podolan koło Gdowa. Jest ortodontką w jednej z warszawskich klinik. Do Warszawy przeniosła się ze Śląska, gdzie studiowała na Uniwersytecie Medycznym. Z kolei liceum – najstarszy w Polsce Nowodworek – kończyła w moim rodzinnym Krakowie.

Paulina – tak jak ja – pochodzi z rozpolitykowanej rodziny. Jej tata od 17 lat jest samorządowcem, wójtem gminy Gdów w Małopolsce. Nasze rodziny znają się od lat. My lepiej poznaliśmy się dopiero przez… mój bolący ząb.  Któregoś dnia zadzwoniłem do niej późnym wieczorem z prośbą o pomoc, a następnego siedziałem już u niej na fotelu. Tak się wszystko zaczęło.

Zaprosiłem Paulinę do moich rodzinnych Bieniaszowic, gdzie co roku nasza rodzina wraz z przyjaciółmi spotyka się przy figurze Najświętszego Serca Pana Jezusa, ufundowanej przez mojego pradziadka Franciszka 121 lat temu. Pamiętam dokładnie, co powiedziała, gdy przyjechała: – Przywiozłam wam ciasto i pogodę! To prawda, bo od razu się rozpogodziło. Ciasto było moje ulubione, rabarbarowe. Sprawdza się staropolskie powiedzenie, że przez żołądek do serca.

PAULINA: MY

Oświadczył mi się – patrząc na to z boku – chyba zupełnie zwyczajnie, ale dla mnie, dla nas, to było zupełnie wyjątkowe. Niczego się nie spodziewałam, całkowicie mnie zaskoczył. Dla nas obojga to był bardzo intensywny czas w pracy, tuż przed Wigilią. Każda wspólna chwila była na wagę złota. Kiedy ma się dla siebie tak niewiele czasu, docenia się drobne rzeczy. Już samo to, że mogliśmy razem zjeść śniadanie, urastało do rangi wydarzenia.

Był piękny poranek, pamiętam, że promienie słońca zaglądały nam przez okno. Władysław wstał pierwszy, wszystko przygotował. Kiedy weszłam do pokoju, klęknął na jednym kolanie i z pierścionkiem w dłoni powiedział, że byłby zaszczycony, gdybym została jego żoną. Pamiętam, że głos mu trochę drżał, jak nigdy. I co ja miałam zrobić, nie mogłam mu takiego zaszczytu odmówić. Odpowiedziałam: tak! Tak!

To był najpiękniejszy prezent pod choinkę. Potem przyznał, że chciał poczekać do Wigilii, ale nie wytrzymał. Aha, i żeby nie było tak pięknie i romantycznie, godzinę później Władek siedział już w studiu TVN nagrywając „Kawę na ławę”. Taki już los narzeczonej, a teraz już żony polityka. 

WŁADYSŁAW: POMAGANIE

Paulina jest wolontariuszką w Fundacji Wiewiórki Julii, która zapewnia opiekę stomatologiczną chorym dzieciom. Wraz z fundacją kilka razy do roku latała do Armenii, by w Erywaniu leczyć dzieci z domu dziecka. Opiekowała się też podopiecznymi Kliniki Budzik powołanej przez Fundację Ewy Błaszczyk „A kogo?”. Do dzieciaków jeździła jeszcze będąc w ciąży z naszą córeczką Zosią. 

Chęć pomagania zaszczepili w niej rodzice. Mój teść od 20 lat prowadzi fundację wspierającą dzieci i osoby z niepełnosprawnościami. Każde wakacje Paulina spędzała pomagając Tacie. W domu śmiali się, że poza dwójką rodzeństwa, ma jeszcze to trzecie – fundację.

Właśnie wolontariat i chęć pomagania innym zbliżyły nas do siebie. Ja też przez wiele lat działałem w krakowskim stowarzyszeniu wolontariuszy Św. Eliasza. Jako lekarz pomagałem m.in. pielgrzymom podczas Światowych Dni Młodzieży w 2016 roku. Dlatego dobrze wiem, że nie usiedzi w domu. Za bardzo lubi swoją pracę, za bardzo wciągnął ją wolontariat, żeby z tego wszystkiego zrezygnować. Dla Niej rola Pierwszej Damy to szansa, żeby robić jeszcze więcej, żeby móc pomóc jeszcze większej grupie potrzebujących.

PAULINA: PASJE

Władysław uwielbia gotować! Jak ma trochę wolnego, potrafi nie wychodzić z kuchni. Jest mistrzem śniadań. Wtedy ja mogę pospać, a oni przygotowują wszystko razem z Zosią, zawsze w towarzystwie muzyki. Ich ulubiona piosenka to „Żyrafa” – „żyrafa każda powie, że należy dbać o zdrowie”. Popisowe danie? Jajecznica z suszonymi pomidorami.

Lubi próbować nowych rzeczy. Ostatnio przygotował mi na śniadanie szakszukę. Wszystko robi sam od podstaw. Jak masło czosnkowe, to nie ze sklepu, tylko własnej roboty. Do chili con carne nie kupuje gotowej przyprawy, ale od początku przygotowuje sam. Genialnie wychodzi mu tradycyjny rosół drobiowo-wołowy.

Umie zrobić coś z niczego. Mama go tego nauczyła, za co jestem jej bardzo wdzięczna. Jednego dnia, byłam wtedy w ciąży, mieliśmy zupełnie pustą lodówkę. A on nagle pojawia się z przepysznymi tostami. Do tej pory, nie wiem, jak mu się to udało. Ja z kolei próbuje przemycać mu kuchnię ormiańską.

Poza gotowaniem relaksuje go czytanie. Wieczorami pochłania książki, jedną po drugiej, głównie historyczne. Ma doskonałą pamięć, do dat, faktów, nazwisk. Teraz skończył „Bonę. Zmierzch Jagiellonów”. Często, gdy oglądamy film czy serial, sprawdza w internecie jakiś fakt historyczny, a po kilku dniach widzę go z całą książką na ten temat.

PAULINA: RODZICIELSTWO

Jest kochanym tatą. Zosia skradła mu serce. Urodziła się w czasie kampanii wyborczej do europarlamentu, a mimo to miałam poczucie, że jesteśmy w tym wszystkim razem. Czasu nie mieliśmy za wiele, ale każda chwila razem była na 120%. Umiał przestawić głowę na tryb domowy i szybko się z Zosią zakumplowali.

Razem rozrabiają. Codziennie rano razem ćwiczą. To on, jeśli tylko jest w domu, odpowiada za kąpiele, wszystkie rytuały pielęgnacyjne. Jak się rano goli, Zosia mu zawsze towarzyszy. Lubię ich podglądać, bo Zośka wpatruje się wtedy w niego jak zahipnotyzowana. Ja jestem bardziej w gorącej wodzie kąpana, on zachowuje stoicki spokój. Pierwszy katar? Ja bym biegła do lekarza, on: na spokojnie, nic jej nie będzie. Dobrze mi to robi.

Paulina:

najważniejsze…

Mój mąż jest dobrym człowiekiem. Nie wiem, czy to jest najważniejsze dla wyborców, ale jest dla mnie. Ręczę za niego całą sobą. Jest wrażliwy na krzywdę innych, nikogo nie zostawi bez pomocy. Nie jest zawistny, umie się cieszyć szczęściem innych. Nigdy nie był materialistą. On mógłby rozdać wszystko co ma. Od lat dokłada do polityki, bo uważa, że to co robi ma sens, jest ważne. Cały ten blichtr władzy, jeżdżenie z kierowcą, to go w ogóle nie interesuje. Samochodu nie musi mieć luksusowego, to go nie kręci.

W polityce nie kieruje się słupkami poparcia. Nie patrzy na to, co mu to da. Jeśli jest do czegoś przekonany, to tak zrobi. A jak już robi, to na 120%. Umie podejmować trudne decyzje i nie boi się odpowiedzialności. Jednocześnie – co rzadkie w polskiej polityce – potrafi przyznać się do błędu, przyznać innym rację i wyciągnąć z tego wnioski. Jest człowiekiem dialogu, nie konfliktu. Dla każdego zawsze znajdzie czas, każdemu postara się pomóc. Za to go kocham i myślę, że też za to pokochali go Polacy.